Przyjaźń, czyli konkurs trwa

Kontynuujemy nasz konkurs. Przypominamy - do wygrania jest egzemplarz "Gaumardżos!" z autografami Ani i Marcina.

Zasady są proste: w komentarzach pod tym artykułem piszecie na "zadany" przez nas temat. Zwycięzcę (a właściwie zwyciężczynię, bo jak dotąd wygrywały tylko Panie:) poznajemy w piątek wieczorem.

Oto temat na ten tydzień:

Ania Marcin znaleźli w Gruzji nie tylko urokliwe miejsca, wspaniałą kulturę, i wyjątkową kuchnię, ale też (przede wszystkim?) przyjaciół. Czy Wam zdarzyło się kiedyś przywieźć z podróży nie tylko fotografie i wspomnienia, ale i przyjaźń?

Komentarze

Good article

Very interesting to read this article.I would like to thank you for the efforts you had made for writing this awesome article. slope

pengobatan menggunakan

pengobatan menggunakan okasemutjepang memang sangatlah
manjur, banyak khasiat semut jepang
yang dapat menyembuhkan berbagai macam penyakit, cara minum semut jepang
juga tidak sembarangan, anda harus membaca aturan minum semut jepang terlebih dahulu agar aman.
ini adalah web baru saya ultraviewimaging website aneka macam wallpaper yang bisa anda lihat dan simpan. situs kuncigitarku adalah situs kumpulan kunci gitar dan lirik lagu terbaru. untuk membuat rumah anda semakin bagus sebaiknya anda menggunakan wallpaper dinding karena lebih awet dan tidak mudah kotor. untuk anda yang gemar menggunakan jam tangan, saya menyarankan anda untuk membelinya di jamtanganoka karena harga dan kualitasnya sangat terjamin . sekarang buat mencari kodepos gak susah cukup buka www.kodeposku.xyz di smartphone kamu.

^very nice articvle thanks so

^very nice articvle thanks so much for that nice article. happy new year 2016 new year 2016 feliz año nuevo 2016 imagenes de año nuevo 2016

auto loan calculator

Wyniki konkursu

Dziękujemy za Wasze historie. Wszystkie bardzo nas poruszyły. Stąd większe niż zazwyczaj dylematy przy wyłanianiu tego jednego, jedynego komentarza. Jednak mus to mus.

Wygrywa Dorota Pansewicz.

Gratulujemy!

Pozostałych zapraszamy do konkursu w przyszłym tygodniu.

gdzie Ci ...

buat kita

Warlords

Przyjaźń z Człowiekiem dla mnie dużo znaczy, więc tym samym z wakacji które trwają plus minus 14 dni nie zdarzyło się. Oczywiście w takim czasie, żadnym czasie tego nie wykluczam, póki co tak nie miałem. Ale jest jeden kąt mojego umysłu który raz został zarezerwowany na pewne doświadczenia, które po urlopie właściwym trwają do dzisiaj. Urlop o którym mowa miał miejsce 1990r. Więc jak zwykle w tamtym okresie kochani Rodzice ubezwłasnowolnili mnie zabierając do Zakopanego. Mieszkaliśmy u Kogoś w domu na "kwaterze". Właściciele mieli Córkę ok mojego wieku i komputer klasy PC. Pierwszym moim szokiem w tedy było zetknięcie się z Kobietą przy komputerze. Do tamtej pory myślałem, że przy komputerze siedzę ja i kilku moich kolegów i to wszystko:) Po drugie, (kolejny szok) Dziewczynka kompletnie nie była podobna do wszystkich których widziałem siedzących przy komputerze. Prawdopodobnie w drugi dzień zrobiłem jakieś podchody i to do komputera, a nie do Ali. I tak razem z Alą przegraliśmy urlop moich Rodziców w grę, w którą moim światłem była i jest do tej pory Ala która mi ją przedstawiła, a potem stawiała pod ścianą (w drugim tygodniu urlopu moich Rodziców sprawiało mi przyjemność przegrywanie z Alą) Do tej pory gram w tą grę (http://www.filmweb.pl/videogame/Warlords-1989-611749) i łezka się kreci. Mam 34 lata :) Pozdrawiam

Babitta

Jeden z pierwszych wpisów, w moim dzienniku z PIERWSZEJ DALEKIEJ WYPRAWY brzmi następująco:
1. Nie mam pieniędzy
2. Nie mam wyznaczonej trasy
3. Nie znam angielskiego
A twierdzi, że wyprawa ma mi zrekompensować brak faceta (!!!!) I że nikt normalny by tam sam nie pojechał (!!!!!)

Dzisiaj wiem, że powinnam była dopisać przynajmniej jeszcze kilka punktów, które najogólniej można streścić w zdaniu:
„Nie mam pojęcia o podróżowaniu”.

I tak było. Nie miałam pojęcia o podróżowaniu, ale wymarzyłam sobie samotną podróż do Indii.

Kolejny wpis:
„Wylądowałam w Delhi. Od trzech godzin czekam na mój bagaż. Czekam.. Czekam… CZEKAM!!!!!

Po odebraniu bagażu poszłam wymienić pieniądze. Chłopak z kantoru zainteresował się skąd jestem i poradził, żebym absolutnie nie wychodziła teraz z lotniska, bo jest noc, a ja nie znam miasta.
Zaproponował, że za kilka godzin skończy pracę, wyjdziemy i poszukamy razem hotelu.
Pomyślałam, że jest bardzo miły. No tak…. Tylko czy tekst „poszukamy hotelu” znaczy … hotelu dla mnie czy hotelu .. dla nas???? W Polsce uznałabym , że dla mnie, znaczy żebym mogła w nim się przespać (SAMA!!!!!) Ale tutaj?

Postanowiłam przeczekać noc na lotnisku. Usiadłam na ławce i wtedy przyplątały się do mnie kotki. Do jedzenia miałam tylko ciastka. Najpierw nakarmiłam jednego, a potem ten (dosłownie) sprowadził kumpla. Koło mnie usiadła grupa Rosjan, którzy jechali do Sali Baby, to taki tutejszy więcej niż prorok, najwyraźniej bardzo znany w Rosji. Nie znali angielskiego (kompletnie!!!), nie mieli żadnego przewodnika, mapy i zupełnie nie wiedzieli jak mają tam dojechać.
Byli bardzo sympatyczni. Jeden z kotów (ten przyprowadzony) ukradł im z torby kiełbasę. Mieliśmy niezłą zabawę. Ukradł, zeżarł, wrócił i udawał że nie jest TYM KOTEM.

W trakcie jak karmiłam koty, podszedł do mnie bardzo poważny żołnierz z bardzo poważnym karabinem. I zapytał: Czy w moim kraju są koty? Czy mi się koty podobają? Czy przyjechałam do Indii bo chcę tym kotom pomóc?

Potem zaczął rozmawiać z pewną Hinduską i mimo, ze nie znałam ani jednego słowa ( nie wiem nawet w którym z "indyjskich" języków rozmawiali) jestem pewna, że to było coś na temat turystek – wariatek , które karmią koty ciasteczkami.”

Ta Hinduska, została moją pierwszą…... No właśnie … i tu mam problem z nazewnictwem...

Przyjaciółka/ Przyjaciel to BARDZO WAŻNE SŁOWO. Przyjaźń to uczucie, które nie rodzi się od pierwszego wejrzenia. Przyjaźń wymaga wspólnych przeżyć, doświadczeń i czasu.

I powtarzalności. Bo przecież na przyjaciela "zawsze można liczyć".

Jednak z drugiej strony znajomości zawierane podczas podróży są bardzo, bardzo specyficzne. Zwłaszcza, jeżeli poznaje się w obcym dla siebie miejscu osoby z zupełnie innych kręgów kulturowych, z którymi nie ma się wspólnych doświadczeń związanych z narodowością, historią, religią.

Babitta zrobiła dla mnie niesłychanie wiele. Wprowadziła mnie w swój świat. Nauczyła, jak się w nim poruszać, na co zwracać uwagę, czego się wystrzegać. Spędziłyśmy razem pół nocy i cały dzień, od czasu kiedy się spotkałyśmy minęło 6 lat i nie miałyśmy później ze sobą żadnego kontaktu - ale będę ją pamiętać zawsze…
I szczerze mówiąc im jestem starsza, im więcej podróżuję, tym bardziej uświadamiam sobie, jakie miałam niesamowite szczęście, że spotkałam ją pierwszego dnia mojej pierwszej samotnej podróży.

„W Indiach, musisz bardzo ważyć słowa i bardzo wsłuchiwać się w to, co mówią do ciebie inni. Jeśli chcesz wyjechać na kilka dni, a potem znowu wrócić w to samo miejsce i nocować w tym samym hotelu powiedz o tym właścicielowi. Będzie bardzo zadowolony. Powie, że będzie dla ciebie trzymać pokój. I wtedy musisz mu powiedzieć : oooo, ale po co mi pokój, skoro mnie nie będzie! Wtedy możesz wrócić w to samo miejsce. Jeśli tego nie zrobisz, a wrócisz, właściciel będzie oczekiwał, że zapłacisz za te dni, kiedy ciebie nie było…”

Nauczyła mnie jak należy szukać dobrego, taniego hotelu:

„Najpierw należy zapytać czy jest pokój. Następnie czy pokój ma okna, czy jest czysty czy jest łazienka z ciepłą wodą. Następnie pytamy o cenę. Jeżeli jest się w miarę zdecydowanym należy zrobić rzecz najważniejszą : WSZYSTKO DOKŁADNIE SPRAWDZIĆ. .. Czyli nie tylko pójść do pokoju, w którym ma się zamieszkać, ale także odkręcić kran i sprawdzić jaka leci woda… Może się bowiem okazać, że oświadczenie właściciela „jest woda” oznacza, że jest … ale akurat nie w tym pokoju, albo jest … ale tylko rano albo jest ciepła … ale tylko wówczas, kiedy słońce nagrzeje zbiornik, który jest na dworze...

Nie wszystkim w Indiach daje się napiwki !!

Byłyśmy w restauracji. Kiedy wydano mi resztę, zostawiłam kilka rupii. Babitta powiedziała: teraz go obraziłaś! Okazało się, że powinnam była zabrać pieniądze i te klika rupii wręczyć pomocnikowi, a nie właścicielowi restauracji, który rozliczał rachunek!

Nauczyła mnie, że absolutnie nie wolno niczego dawać żebrakom – bo zaraz zleci się cała chmara!!! (RAZ złamałam ten zakaz i uwierzcie, konsekwencje były PRZERAŻAJĄCE)

Kiedy robiła zakupy – kazała mi przyglądać się ile płaci i jak wybiera towar.

Opowiedziała mi ( bardzo oglednie, jak to Hinduska) czego mogę się spodziewac w damsko - męskich relacjach w JEJ kraju.

Nauczyła, że "namaste" można mówić nie tylko przy powitaniu, ale także wówczas ( wtedy z odpowiednią gestykulacją), kiedy się chce kogoś pozbyć.

Podarowała mi prezent, który wówczas wydawał mi się bardzo... oryginalny: drewnianą łyżkę do mieszania potraw.
Mam tą łyżkę od sześciu lat i używam niemal codziennie. Okazała się jak znajomość z Babittą – bezcenna. I trwała.

Babitta nie była moją przyjaciółką… była ( wiem, że brzmi to bardzo infantylnie) moim aniołem stróżem. Zesłanym, żebym nie pogubiła się w egzotycznym świecie. I powiem Wam, że takie anioły były mi zsyłane bardzo często, w różnych miejscach – zawsze w podróży. Dlaczego w podróży ? - pewnie dlatego, że na miejscu mogę zawsze liczyć na pomoc przyjaciół.

O polskiej przyjaźni za granicą.

Zdecydowałam się pojechać sama na wakacyjny, dwutygodniowy projekt młodzieżowy do Bukaresztu (Rumunia). Wspólnie, jako wolontariusze mieliśmy pomagać w pracy Żydowskiego Domu Starców a jednocześnie poznać kulturę żydowską w Rumunii. Zobaczyć Bukareszt i poznać ludzi z gminy żydowskiej – temat marzenie, związany z moimi zainteresowaniami i z wątkiem podróżniczym, gdyż jeszcze nigdy nie byłam w Rumunii. Oprócz mnie, na projekt dostała się jeszcze trójka Polaków. Każde z nas przyjechać miało do Bukaresztu z innego miejsca, więc nie było mowy o wspólnej podróży. Natalia jechała pociągiem z Gdańska, Kasia (z Łodzi) i Łukasz (z Warszawy) od miesiąca łapali autostop na rumuńskich drogach. Ja wybrałam samolot, bilet kupiłam od razu w dwie strony. Początkowo trochę się martwiłam, chyba każdy z nas zna stereotypy związane ze spotkaniem rodaków za granicą...

Okazało się, że to była najlepsza rzecz, jaka mogła mnie spotkać! Projekt okazał się bardzo ciekawy, choć grupa i koordynatorzy bardzo mało energetyczni i mało rozmowni. Jedynie my Polacy, tworzyliśmy silną i zgraną grupę. Po tygodniu trwania projektu opuściliśmy Bukareszt i autostopem udaliśmy się do Constanty. By było ciekawiej urządziliśmy konkurs, para która druga dotarła na miejsce spotkania stawiała piwo wygranym. Dzięki temu przez resztę naszej przygody ja z Łukaszem popijaliśmy zimne piwo po każdej podróży. Po zwiedzeniu Costanty, ruszyliśmy w dalszą drogę i trafiliśmy do hippisowskiej wioski nad Morzem Czarnym - Vama Veche. Trafiliśmy tam dzięki Kasi i Łukaszowi, którzy jadąc autostopem do Bukaresztu zaprzyjaźnili się z dwójką Rumunów, którzy zaprosili ich na spędzenie reszty pobytu w tej małej miejscowości. Spędziliśmy tam trzy leniwe, bardzo wakacyjne dni - bawiąc się, poznając znajomych znajomych i zaprzyjaźniając się z naszymi rumuńskimi gospodarzami. W drodze powrotnej urządziliśmy sobie kolejny wyścig. Ja z Łukaszem jechaliśmy autostopem, Kasia z Natalią zostały zabrane przez naszych znajomych. I znowu napiliśmy się stawianego przez dziewczyny piwa.

Z Bukaresztu ruszyliśmy nocnym pociągiem do Suczawy, do przejścia granicznego z Ukrainą. Tam znowu udało nam się złapać samochód, którego kierowca po krótkiej rozmowie uznał, że musimy zostać jego gośćmi. Zaprosił nas do domu na obiad, prysznic, a następnie całą naszą czwórkę odwiózł na pociąg do Lwowa. Ze Lwowa marszrutką do granicy z Polską a następnie do Przemyśla skąd każde z nas odjechało w swoją stronę: Natalia do Gdańska, Kasia do Łodzi, ja z Łukaszem do Krakowa.

Mój bilet na samolot powrotny przepadł; poznałam Łukasza - jest moim narzeczonym, z którym wybieram się w sierpniu na 2 miesiące do Gruzji; cała nasza czwórka - kwiecień spędziła w Izraelu - na nisko-budżetowym wyjeździe. I planujemy kolejne!

Postanowiłam opisać historię naszego poznania, gdyż nie co dzień wyjeżdża się za granicę, by poznawać Polaków, ale Ci byli wyjątkowo warci poznania! O ludziach, których poznaliśmy wspólnie, czy to w Rumunii czy w Izraelu - to już jest inna, dłuższa i równie ciekawa historia.

/Kasia z Krakowa

podróż dzięki przyjaźni, przyjaźń dzięki podróży

Nie powiem niczego odkrywczego stwierdzając, iż czasami koleje naszego żywota układają się w sposób niezrozumiały, a gdybyśmy nasze historie chcieli przekazać w formie filmowego scenariusza, nikt nie wziąłby ich na poważnie. Tak właśnie rozpoczyna się moja opowieść, która od przyjaźni się zaczęła, doprowadziła do przedziwnych podróży i na przyjaźni się kończy.
W. poznałam kilka lat temu, cudowny, otwarty człowiek z serca Beskidu Żywieckiego - od samego początku nasze fale były zsynchronizowane. Wiele razy rozmawialiśmy o fascynacji Kapuścińskim i jego piórem, Dzikowską, Halikiem i innymi wielkimi wędrowcami. Marzyliśmy o wspólnych podróżach. Niestety W. zachorował, bardzo ciężko zachorował. Rozmowy telefoniczne przeprowadzaliśmy w formie wirtualnej podróży, zastanawialiśmy się, dokąd pojedziemy, gdy OBCY zniknie i wyprowadzi się z jego kości. Żyliśmy jak bohaer sztuki Baricco "Novecento", który fizycznie nigdy nie zszedł ze statku, na którym się urodził, a był w stanie opisać londyńskie powietrze, światła latarni Paryża, dźwięki Nowego Jorku. W. skontaktówał mnie ze swoimi przyjaciółmi - muzykami, którzy pomagać mi mieli zbierać pieniądze na jego leczenie. Długie z nimi rozmowy, wspólne działanie w tak znaczącym celu przybliżyły nas do siebie. Złamaliśmy wszelkie stereotypy - przecież wielu sądzi, że Ślązaka i Górala nigdy nie połączy nic ciepłego - a tu poroszę jakie zaskoczenie!!
Osobliwa podróż W. zakończyła się bardzo szybko, pozostawiając olbrzymią wyrwę w mym sercu i odwieczne pytanie - DLACZEGO?
W sercu mym pozostało coś jeszcze - drobne ziarenko przyjaznych uczuć, wobec tych, w których odejście W. również pozostawiło olbrzymią pustkę. Postanowiliśmy, że nie możemy tego zaniedbać, że ta spuścizna może nam dać wiele wspomnień, przygód i dobra. Wierzcie, lub nie - tak właśnie się stało - od wspólnych pocieszających rozmów, przez muzyczną współpracę doszliśmy do wypraw po Europie, Polsce i mam nadzieję, że reszcie świata.
Dzięki tym cudownym ludziom wirtualnie pokochałam Gruzję,gdzie przed kilkoma laty koncertowali.Fizyczna konsumpcja tej miłości wobec gruzińskiej kultury w moim wypadku nastąpi w sierpniu. Wierzę, że mailowe znajomości zawarte ze gruzińskimi przyjaciółmi moich Górali, również przerodzą się w coś tak silnego i realnego jak skała przyjaźni, która narodziła się z pozornie błahej relacji dwojga teoretycznych podróżników.

Najcenniejsza pamiątka z podróży

Kiedy gdzieś wyjeżdżamy, obojętnie, dokąd, chcemy zazwyczaj tę podróż utrwalić we wspomnieniach. A ponieważ nasze wspomnienia są ulotne, po pewnym czasie blakną, staramy się je wesprzeć za pomocą przywożonych pamiątek z miejsc, w których byliśmy. Bardzo często są to właśnie fotografie czy też jakieś drobiazgi związane bezpośrednio z tymi miejscami. Ja przynajmniej właśnie do takich osób należę - gdy gdzieś wyjeżdżałam, nawet jeśli to nie była jakaś wielka podróż, zawsze dane miejsce utrwalałam na zdjęciach i przywoziłam stamtąd jakiś drobiazg.
Uważam jednak, że najpiękniejszymi pamiątkami przywożonymi z podróży są zawarte podczas nich znajomości i przyjaźnie. Szczególnie, jeśli taka znajomość przetrwa, tzn. nie skończy się wraz z rozstaniem z poznanymi osobami, lecz w jakiś sposób będzie podtrzymywana.
Ja mogę powiedzieć, ze mam taką właśnie wspaniałą pamiątkę z podróży, jaką jest przyjaźń. Bo rzeczywiście, bez żadnej przesady mogę powiedzieć, iż to nie jest tylko znajomość, ale przyjaźń.
A wszystko zaczęło się pięć lat temu. Wybrałam się wówczas w czasie wakacji do mojej dalszej rodziny, do Anglii, do Leeds. Akurat tak wyszło, że będąc na miejscu miałam sama dotrzeć do domu, w którym mieszkali moi bliscy, ale nie uważałam tego za jakiś problem - miałam ostatecznie więcej niż pięć lat :), adres zapisany, język znałam w stopniu dostatecznym, więc uznałam, że sobie poradzę. Tymczasem już na miejscu moja beztroska mnie opuściła, bowiem najzwyczajniej w świecie... zabłądziłam! Próbowałam pytać kogoś o drogę, lecz jakoś trudno było mi zrozumieć osobę mówiącą po angielsku z akcentem brytyjskim :)Moją nieszczęśliwą minę (potem dowiedziałam się, że taką właśnie miałam) zauważyła wtedy Ania - Polka, mieszkająca na stałe w Leeds. Pomogła mi dotrzeć pod właściwy adres i okazało się, że mieszka niezbyt daleko od mojej rodziny, do której przyjechałam. Podczas mojego pobytu tam kilkakrotnie spotykałyśmy się, poznając się coraz lepiej. Łączyły nas wspólne zainteresowania, więc polubiłyśmy się. Czułyśmy się, jakbyśmy się znały od dawna. Przykro nam było się rozstawać, ale, jak się okazało, nasza przyjaźń, choć oparta na tak krótkiej znajomości, była prawdziwą, mocną przyjaźnią. Do tej pory jesteśmy w stałym kontakcie. Piszemy do siebie maile, ale tradycyjne listy, choć rzadziej, ale również. Obie uważamy, że mail, choć jest to o wiele szybszy środek komunikacji, nie zastąpi jednak prawdziwego listu. Dlatego u nas kartki na urodziny, imieniny, święta, a także co jakiś czas listy - to podstawa. Rozmawiamy też oczywiście przez skype'a. Ale to nie wszystko. Również widujemy się. Sprawę ułatwia fakt, że ja mam rodzinę w Anglii, a ona w Polsce. Tak więc parokrotnie odwiedzałyśmy się nawzajem. Nasza przyjaźń trwa - można powiedzieć, że Ania jest dla mnie jak siostra, którą zyskałam tak niespodziewanie. Choć widujemy się nie tak często, jak byśmy chciały, to jesteśmy duchowo związane. Gdy jedna z nas ma jakiś problem, to zawsze może liczyć na wsparcie tej drugiej. Czasami nawet sama świadomość, że jest ktoś, kto mnie wspiera samą myślą, jest ogromną pomocą. I to jest moja najcenniejsza pamiątka z podróży.

Dorota Pansewicz

"Krótka" historia tudzież 'bez tytułu'

Jestem młoda, mam 22 lata, ale już miałam kilka potężnych szans (na szczęście wykorzystanych) na podróże. Był już Wietnam, Grecja, Włochy, Chorwacja, ale przełomowa była właśnie zeszłoroczna Gruzja.

Na wyjazd namówił mnie Przyjaciel ze studiów- Wojtek Wesołowski (Wesoły). I to już tutaj zaczyna się opowieść o przyjaźni, wzajemnym zaufaniu i dzieleniu się takimi momentami.
Kilka telefonów, godziny przemyśleń i w efekcie zebrała się nas cała piątka.

Nie było wątpliwości, że każde z nas CHCE tam jechać, problemem były pieniądze, ale Przyjaciel przyjął strategię równej kwoty dla wszystkich (wszyscy jedziemy na jednym wózku i nikt nie zostanie w sercu Istambułu SAM). Śpiewamy razem w chórze, mamy za sobą kilkanaście wspólnych, dłuższych wyjazdów. Przyjacielowi ufam. Bardzo. Te zeszłoroczne 10 dni w Grecji, 2 w Turcji, 10 w Gruzji i kilka na Ukrainie (trasa naszej podróży) tylko mnie upewniło. Teraz ufam nie tylko Przyjacielowi, ale pozostałej 3-ce :))(Tomkowi, Werze i Truszkowi).
Przyjaciół zyskałam też tam, na miejscu ( przewspaniali, ciekawi, nietuzinkowi Gruzini- rówieśnicy). Ale to oczywiste. Z ich otwartością... Inny kolega- Kuba- przed wyjazdem, upewniając mnie w mojej decyzji wyjazdu (znając Gruzinów do których się wybieraliśmy) powiedział: -"Brudzia! Nie zostaniesz sama, poradzicie sobie, musicie tam tylko dotrzeć, jak już tam będziecie.. Gruzin wyrwie swoje serce i Ci je odda jeśli Twoje przestanie bić"- Zabrzmiało górnolotnie, ale przekonał mnie. Przekonał. Pojechałam. Wszystkich, którzy nas wspierali i przekonywali do wyjazdu powinnam teraz całować w pięty!!!! Jestem przeszczęśliwym człowiekiem, ale przeszczęśliwym inaczej. Widzę więcej, a gruzińska gościnność pchnęła mnie w kierunku większej otwartości, pieniądze naprawdę nie są przeszkodą, wspomniani przyjaciele-Gruzini wybierają się do nas w 2012 roku i nie są tylko facebook'owymi ikonkami, ale ludźmi których pokochaliśmy! Planujemy pokazać im Polskę, tak pięknie jak oni pokazali nam Gruzję.Z sercem na dłoni.

Przepiękne wspomnienia z Gruzji ( noc pod namiotami, a raczej gołym niebem w dolinie Gergeti- pobudka z widokiem na małą Świątynię i szczyt Kaukazu, w pełnym słońcu to właśnie coś czego nie da się łatwo opisać, a czego zazdroszczą nam znajomi). Podczas takich wyjazdów, gdy każde z nas osiągało apogeum euforii i radochy, ale jednocześnie miało okazję zetrzeć się w kilku konfliktowych sytuacjach, budują się potężne i -prawie bez strachu powiem: niezniszczalne więzi.
Boję się słowa 'przyjaciel' bo znaczy tak wiele, ale strach mija gdy z tymi ludźmi spędzam czas, gdy gotuję z nimi "polski obiad" dla Gruzinów.. gdy potem siadamy przy wspólnym stole. Dwa narody, tak różne, o tak różnej mentalności, rzeczywistości gospodarczej.. a jednak w takim momencie jesteśmy po prostu bliskimi sobie przyjacielskimi ludźmi. Przez duże P i duże L.

Wojtkowi często dziękuję za emocje i doświadczenia, które mi zapewnił, za to, że jest, Weronika 2 tygodnie temu dostała Państwa książkę na urodziny. Wchłania ją prawie przez skórę, uśmiechając się sama do siebie i potakując w autobusie czy innych publicznych i niepublicznych. miejscach.

Dziękuję ;)
Pozdrawiam,
Brudzia (Agata)